Prawdopodobnie można zacząć
pisanie bloga od setek lepszych postów, ale w sumie co lub kto lepiej Wam o
mnie opowie (no może poza współautorem tego przedsięwzięcia) od moich pierwszych
ukochanych książek?
![]() |
| Czy tak dokładnie wyglądała okładka mojego wydania? Tego nie pamiętam. |
Myślę, że pierwszym, wielkim zachwytem był J. R. R. Tolkien. Gdzieś pod koniec podstawówki dorwałam najpierw „Hobbita” a później „Drużynę Pierścienia” czyli początek magicznego i fantastycznego „Władcy Pierścieni”. Pokochałam je w całości. Choć nie mówię, przez początki ciężko było mi się wtedy przebić, ale im bliżej Frodo miał do Mordoru tym moja miłość była coraz większa. No i film – tylko spotęgował moją miłość, a plakaty z aktorami (Elijah Wood!) zdobiły moją szkolną szafkę, aż do końca liceum (Tak, tak, przyznaję się do tego bez bicia!).
![]() |
| Za to tej okładki jestem pewna. |
W liceum odnalazłam drugi książkowy zachwyt – „Mistrza i Małgorzatę” Michaiła Bułhakowa. Ta fenomenalna, wielowątkowa i ponadczasowa opowieść pochłonęła mnie całkowicie i długo nie mogłam się po niej otrząsnąć. Do dziś kolejny raz jej nie przeczytałam, choć obiecuję sobie to co roku. Chyba boję się, że po niej znów będzie mi się ciężko czymkolwiek naprawdę zachwycić.
W tym samym mniej więcej czasie dorwałam „Sto lat samotności” Gabriela Garcii Marqueza. Nie była to prosta lektura, brnęłam dość długo przez dzieje rodu Buendia, ale po zakończonej lekturze byłam pewna, że drugi raz szybko nie przeczytam czegoś tak wielkiego. I miałam rację, bo gdybym dziś miała wybrać książkę wszech czasów, to dałabym ten tytuł magicznej prozie Marqueza. Te dwie książki spowodowały, że do dziś często szukam w literaturze przenikania się tego co zwyczajne i całkiem szare ze szczyptą (mniejszą lub większą) magii i niesamowitością. A dodatkowo Marquez sprawił, że jakiekolwiek odniesienie do realizmu magicznego na opisach okładek przyciąga mnie jak magnes.
A Wy pamiętacie Wasze pierwsze prawdziwe książkowe zachwyty?
Anna


